Aborcja a religia holokaustu

Zapowiedź objęcia nienarodzonych większą ochroną niż dotychczas wzbudziła nieprawdopodobną agresję, wręcz furię wiadomych sił. Oprócz takich protestów, jak krzyki w kościele w wykonaniu działaczy LGBT&Q&S&M (gdzie S oznacza sadyzm a M masochizm), podszywających się pod „zwykłe oburzone kobiety”, wysyłania wieszaków do premier Szydło (jakby kto nie rozumiał przenośni – chodzi o to, że ponoć w PRL-u desperatki przy pomocy drutu z wieszaków zabijały swoje dzieci) pojawiły się także „argumenty merytoryczne”. Najbardziej eksponowany z nich brzmi: nikt nie ma prawa zmuszać kogoś by poświęcał swoje życie za inną osobę – w tym przypadku matka nie może być zmuszana do bohaterstwa i piętnowana za jego niedostatek. Chodzi oczywiście o sytuację, w której zagrożone jest życie matki i jej decyzja o utrzymaniu płodu może jej obiektywnie zagrozić.

Argument ten jest oczywiście całkowicie słuszny, tyle że nikt nie zamierza matek do bohaterstwa zmuszać czy potępiać ich za jego brak. W przypadku takiego konfliktu oczywiście forowane jest życie matki, gdyż tylko ono jest faktem pewnym, co oczywiście nie znaczy, że zabicie dziecka będzie możliwe z każdego powodu zdrowotnego…

Ale zaraz, zaraz, czy przypadkiem wiadome siły nie używają dokładnie odwrotności tego argumentu tylko w zupełnie innej sytuacji? Oczywiście, że tak. Polacy od dziesiątek lat piętnowani są za rzekomą obojętność wobec zagłady Żydów. Jeśli piętnuje się obojętność, to jak rozumiem propaguje się aktywność w tym zakresie. A ta aktywność była przecież zagrożona śmiercią i to nie tylko jednostki, ale także całej jej rodziny co spotkało np. sławną rodzinę Ulmów. Tak więc w tym przypadku zachowanie nie bohaterskie jest wprost potępiane i uznawane za obrzydliwe, a tylko zachowanie bohaterskie uznane za dobre a nawet „sprawiedliwe wśród narodów świata” co jasno implikuje, że wszelkie inne zachowanie jest „niesprawiedliwe”. No cóż, jak zwykle moralność Kalego. W jednej sprawie trzeba być bohaterem, a w innej wezwanie do bohaterstwa jest średniowieczem i ciemnogrodem. Nawet gdy takiego wezwania właściwie nie ma.

A na koniec libertariański argument dotyczący aborcji. Otóż, zgodnie z zasadą samoposiadania, życie dziecka nie jest niczyją inną własnością tylko jego samego, w związku z tym nikt inny nie może o nim decydować. Murray Rothbard wprawdzie dość pokrętnie starał się w przypadku nienarodzonych dzieci samoposiadanie ograniczać (argumentując, że skoro rodzice muszą na dziecko włożyć czas, zdrowie i pieniądze, to w skrajnych przypadkach mogą je nawet zabić), ale robiąc to odstąpił przecież od swej zwykłej logiki i klarowności. Bo czym innym jest obowiązek wynikający z małoletniości dziecka, który pociąga za sobą prawa rodzicielskie, a czym innym jego życie, które obejmuje przecież nie tylko dzieciństwo. Pisząc wprost: nie da się w żaden sposób uzasadnić wrzucenia do zbioru praw rodzicielskich prawa do życia dziecka. Jego po prostu nie ma w tym zbiorze. Na mój gust koncepcja samoposiadania jest absolutnie sprzeczna z jakąkolwiek formą aborcji poza sytuacją zagrożenia życia matki. Rothbard zresztą sam pod koniec życia złagodził w tej sprawie swoje stanowisko, co przypisał zresztą katolicyzmowi swej żony…

Czekamy na Twoją opinię

Podobne artykuły

Dodaj komentarz