Lewica nienawidzi wszelkiej wspólnoty – rozmowa z prof. Wolniewiczem

O wspólnocie, ksenofobii, politycznej poprawności i cywilizacji Zachodu z prof. dr. hab. Bogusławem Wolniewiczem rozmawia Konrad Bonisławski. Zapraszamy do lektury wywiadu z niepoprawnym politycznie profesorem. O tym, że warto poświęcić chwilę na zapoznanie się z poglądami profesora Wolniewicza niech świadczą ataki na jego osobę w wykonaniu środowiska Gazety Wyborczej i innych organizacji skupiających osoby izraelskiego pochodzenia takich jak Otwarta Rzeczpospolita, działająca rzekomo przeciw antysemityzmowi i ksenofobii.

Konrad Bonisławski: Atakują Panowie w swojej książce polityczną poprawność. To już nie tylko opresja na poziomie słowa i represja za nieprawomyślność, ale także myślenie magiczne, uniformizacja społeczeństwa i jego poglądów oraz jego homogenizacja. Czy coś się zmieniło od czasu napisania tych słów?

prof. Bogusław Wolniewicz: Pisząc książkę nie w pełni doceniliśmy powagę tego zjawiska. Widzieliśmy, że nadchodzi coś niebezpiecznego, ale pełny sens tego zjawiska ujawnił się dopiero później. Dzisiaj, mnie polityczna poprawność jawi się jako ideologia nowego państwa policyjnego, wręcz Orwellowskiego. Normy politycznej poprawności mają być etyką tego, co się nazywa „laickim humanizmem”, jego praktycznym ucieleśnieniem. Kodyfikacją tych norm – i ta kodyfikacja uświadomiła mi dopiero powagę tego zjawiska – jest Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Ta Karta to ma być nowy Dekalog. Nowy zestaw zasad moralności, zastępujący ten dany na Górze Synaj. Bo laicki humanizm to jest mutacja komunizmu. Jarosław Marek Rymkiewicz już kilkanaście lat temu powiedział: „komunizm nie umarł, on mutuje”. Takimi mutantami komunizmu są właśnie orędownicy owej politycznej poprawności, czy też jak piszemy w książce, „polit-poprawności”. Dwieście lat temu komunizm startował jako nowe chrześcijaństwo. Ostatnia książka hrabiego de Saint-Simon, jednego z głównych ideologów komunizmu, taki właśnie nosiła tytuł: „Nowe chrześcijaństwo”. Komunizm się zawalił, głównie ze względu na swą niesłychaną niewydolność ekonomiczną, ale aspiracje, by wyprzeć stare chrześcijaństwo i zastąpić je nowym pozostały.

Oto najświeższy przykład tego o czym mówię. W „Rzeczpospolitej” z dnia 5 czerwca 2010 czytam, że powstała Europejska Rada Tolerancji pod auspicjami Europejskiego Kongresu Żydów, a na przewodniczącego owej Rady Tolerancji został powołany pan Aleksander Kwaśniewski. I w tej roli powiedział „Rzeczpospolitej”: „będziemy zwalczać antysemityzm, ksenofobię i rasizm. To prawdziwie wyzwanie XXI wieku”.

Zauważmy tu parę rzeczy. Po pierwsze, powołuje się instytucję iście Orwellowską, bo mającą się zajmować tępieniem poglądów ludzi inaczej myślących, a daje się tej instytucji nazwę „Rady Tolerancji”, czyli wyrozumiałości dla poglądów, które nam się nie podobają. Pamiętamy jak to jest u Orwella. Ministerstwo Propagandy nosi tam nazwę Ministerstwa Prawdy, a ministerstwo nadzoru policyjnego – Ministerstwa Miłości. Powołane zostało więc Europejskie Ministerstwo Miłości, czyli nowa inkwizycja, na której czele stanął Wielki Inkwizytor. Stara inkwizycja nosiła oficjalnie nazwę „Urząd do Ścigania Nieprawości Heretyków”. Ten urząd Kościół zlikwidował 200 lat temu, a w Polsce został on zlikwidowany już 400 lat temu, za czasów Zygmunta Augusta. I oto powstał nowy Urząd. Wystarczy przecież w jego klasycznej nazwie wymienić tylko jedno słowo „Urząd do ścigania nieprawości antysemitów”. Tego z kolegą Musiałem pięć lat temu nie przewidzieliśmy.

Co ciekawe, do bardzo podobnych wniosków doszła noblistka Doris Lessing. Ta pisarka i była komunistka w „Złotym notatniku” z 1962 roku z perspektywy człowieka z drugiej strony żelaznej kurtyny także pisała, że polityczna poprawność to kontynuacja komunizmu. „Te same słowa, te same cele. Partia komunistyczna podjęła decyzję i taka jest jej linia. […] poprawność polityczna stała się dogmatem. Bo lubimy dogmaty. Nie umiemy pozwolić idei, by się swobodnie rozwijała. Zawsze się znajdzie grupka fanatyków, którzy ja przechwycą i uczynią z niej dogmat” – pisała późniejsza laureatka literackiej nagrody Nobla.

Konrad Bonisławski: Na zachodzie Europy jednak praktycznie niepodzielnie, przede wszystkim wśród elit, w mediach zapanował skrajny liberalizm – libertynizm. Czy widzi Pan jakąś drogę odwrotu od niego?

prof. Bogusław Wolniewicz: Widzę tylko jedną drogę odwrotu od tego. Postępy lewackiego libertynizmu są jak inwazja choroby na organizm, którego siły odpornościowe zostały zmniejszone (pisaliśmy o tym w naszej książce). Siły odpornościowe cywilizacji to jej infrastruktura duchowa. Infrastruktura duchowa cywilizacji Zachodu jest nadgniła i została naruszona. Powstrzymanie inwazji owego libertyństwa od wewnątrz – bo jest też możliwe, że zostanie ono powstrzymane od zewnątrz – jest możliwe tylko przez odbudowę i uzdrowienie owej duchowej infrastruktury: a tą infrastrukturą duchową cywilizacji Zachodu było zawsze i jest dalej chrześcijaństwo. Przeciwstawienie się skuteczne rozkiełznanemu libertyństwu i lewactwu może się dokonać – moim zdaniem – tylko w jeden sposób: przez konsolidację tych sił oporu, które jeszcze zostały, wokół Świętego Kościoła Powszechnego.

Konrad Bonisławski:W sobotę 7 czerwca w Warszawie (rozmawialiśmy przed tzw. paradą równości – KB) będziemy mieli do czynienia z kolejną paradą nihilistów. Czy władze miasta, państwa powinny zezwalać na tego typu imprezy?

prof. Bogusław Wolniewicz: Słyszałem o organizowanej „paradzie równości”. Jest to kolejny przejaw libertyńskiej agresji na chrześcijańską infrastrukturę duchową. Wszelkie tego typu parady powinny być zakazane jako obraza moralności publicznej.

Dodajmy, że tzw. parady są przejawem agresji nie tylko libertyństwa, ale także lewactwa. To nie to samo. Związek między nimi jest taki: stare lewactwo, to do rewolucji chińskiej 1949 roku włącznie, było purytańskie. Nowe lewactwo, zapoczątkowane przez tzw. „Nową Lewicę”, stało się libertyńskie.

Konrad Bonisławski: Jednym z powodów do napisania książki „Ksenofobia i wspólnota” były wydarzenia związane z publikacją „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa. W ślad za nią ruszyła kampania nienawiści części środowisk żydowskich, przypisywanie winy wszystkim Polakom, przeprosiny w imieniu – o zgrozo – wszystkich Polaków ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego. W tym roku wyszła w Polsce kolejna książka tego pseudo-historyka – „Strach”, wpisana dodatkowo przez główne media w rocznicę rozgrywki wewnątrz PZPR w marcu 1968 roku. Czy niczego nie nauczyliśmy się jako Polacy przez ten czas? Czy coś się zmieniło przez tych kilka lat od opublikowania książki?

prof. Bogusław Wolniewicz: Myślę, że w tym względzie niewiele się zmieniło. I pierwsza, i druga książka Grossa są elementami tej samej wielkiej operacji politycznej, którą w naszej książce nazwaliśmy „podstawianiem Polski”. Operacja ta polega na tym, że przez małe, ale z absolutną konsekwencją przeprowadzane kroki, przesuwać się w świadomości społecznej ludów Zachodu winę i odpowiedzialność za wielką zagładę Żydów europejskich w latach 1941-1944 z Niemców na Polaków. Te dwie książki Grossa to były kolejne kroczki owej wielkiej operacji.

Konrad Bonisławski: Pytałem o zmiany nie bez powodu. Bowiem wraz z profesorem Musiałem bardzo ostro atakujecie Panowie Instytut Pamięci Narodowej, w kontekście jego roli po sprawie Jedwabnego. Według Panów to „twór urągający tradycjom naszej cywilizacji, łączący nienaturalnie funkcje naukowo-badawcze ze śledczo-karnymi”. W tym roku jednak, po wydaniu drugiej książki Grossa, IPN wydał bardzo dobra książkę profesora Marka Chodakiewicza „Po zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944-1947”. Czy w świetle ostatnich lat działalności IPN poglądy Pana zostały zweryfikowane? Czy potrzebna jest tzw. „polityka historyczna państwa”? Czy to ona miałaby być antidotum na antypolską propagandę?

prof. Bogusław Wolniewicz: Tzw. „polityka historyczna państwa”, tzn. troska i dbałość państwa i obywateli o świadomość historyczną nadchodzącego pokolenia wydaje mi się sprawą najwyższej wagi. W naszej książce wskazujemy nawet, że taka troska i dbałość o wychowanie młodego pokolenia jest jednym z podstawowych wskaźników istnienia żywej wspólnoty narodowej. Jaką rolę w tym wychowaniu powinien konkretnie wykonywać IPN, to jest sprawa do zastanowienia. Warto jednak powiedzieć, że przy wszystkich błędach poprzedniego rządu, na tym odcinku dokonał on ważnego dzieła: zmienił IPN z instytucji antypolskiej na instytucję, która dobrze Polsce służy. Czy mogłaby jeszcze lepiej? To jest właśnie kwestia do zastanowienia.

Nasza książka dotyczyła właśnie polityki historycznej – co więcej – była elementem takiej polityki. Wysunęliśmy w tej książce, jak nam się zdaje, tezy dość nowatorskie. Wymienię tylko dwie. Pierwsza, że pewien stopień ksenofobii – czyli dyskryminowania obcych w stosunku do swoich – jest warunkiem niezbędnym istnienia jakiejkolwiek żywej wspólnoty. Dlatego ci, co chcą wszelką ksenofobię wykorzenić – jak chociażby ta nowo powołana Rada z Głównym Inkwizytorem Kwaśniewskim – dążą faktycznie do zniszczenia wszelkiej wspólnoty, do rozerwania wszelkich więzi międzyludzkich i wytworzenia społeczeństwa całkowicie zatomizowanego i zhomogenizowanego. A druga teza naszej książki jest taka, że Wielka Zagłada była rzeczywiście czymś jak dotąd w dziejach ludzkości jedynym w swoim rodzaju, ale uzasadniamy tę tezę inaczej niż jest to w zwyczaju. I to odmienne ujęcie wydawało się nam dobrym punktem wyjścia do rzetelnej dyskusji na temat stosunków polsko-żydowskich.

Myśleliśmy, że książka, która wysuwa takie tezy i wysuwa je w dobrej wierze i z poważnym uzasadnieniem, stanie się punktem wyjścia dla jakiejś istotnej dyskusji. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Na książkę położono – jak mawiają Anglicy – mokry koc. Jedyne echa jakie wywołała to były próby ośmieszenia jej w przypisie przez niejakiego Henryka Szlajfera, oraz próba zrobienia z nas pogrobowców Hitlera przez niejakiego Ireneusza Krzemińskiego. Ale mniejsza nawet o to. Zrodziło się w nas pewne podejrzenie związane z faktem, że książka ta, mimo zerowej reklamy, zniknęła w błyskawicznym tempie z księgarni. Co więcej, mimo pięciu lat, jakie upłynęły od jej wydania, książka ta okazuje się nie do zdobycia nawet w antykwariatach…

Konrad Bonisławski: …co mogę potwierdzić sprawdziwszy niedawno empirycznie.

prof. Bogusław Wolniewicz: Jak rozumieć połączenie tych dwóch faktów: błyskawicznego zniknięcia i braku echa. Nie mamy oczywiście na to dowodów, ale zdaje nam się całkiem możliwe, że większość nakładu została po prostu wykupiona „na przemiał”. Dla osób i organizacji, które w takim wycofaniu mogłyby być zainteresowane, byłby to wydatek bagatelny.

Konrad Bonisławski: Kardynał Stefan Wyszyński pisał przed laty, że „rodzina i naród to nie są instytucje, to są organizmy żywe, mające swoją własną dynamikę i przejawy biologicznego bytowania. Poza nimi wszystkie inne formy bytowania, takie jak państwo, rząd, partia – mają wymiar instytucji. Naród i rodzina muszą istnieć, a tamte instytucje mogą istnieć lub nie”. Według Pana, rodzina to wspólnota krwi, a naród to wspólnota języka, jako pierwszego warunku kultury, konstytucji gatunku homo sapiens. Spróbujmy zatem zlokalizować zagrożenia czyhające dzisiaj na te dwie naturalne wspólnoty: rodzinę i naród.

prof. Bogusław Wolniewicz: To, czy ksiądz Kardynał – przy całym moim ogromnym dla niego szacunku – miał w tym stwierdzeniu pełną rację, to jest rzecz do dyskusji. I rodzina, i naród ewoluowały. I można się spodziewać, że ewoluować będą dalej, pod naciskiem sił cywilizacyjnych. Nie jest więc wykluczone, że te dwie formy wspólnoty nie pozostaną w tej postaci, jak znamy je my, ludzie przełomu XX i XXI wieku. Tak, np. rodzina na Zachodzie zdaje się ewoluować w kierunku rodziny matriarchalnej, w której mężczyzna traci najpierw swoją dawną rolę „głowy domu”, a potem, przez te same siły cywilizacyjne, zostaje z niej całkowicie wyparty jako rodzaj trutnia potrzebnego tylko do celów kopulacyjno-rozpłodowych. A państwo w ogóle nie jest wspólnotą, tylko mieszkaniem narodu. Miejscem, które naród zamieszkuje.

Konrad Bonisławski: W kontekście relacji między państwem i narodem, narodowością i obywatelstwem, mieliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy dwa ciekawe przypadki, choć zupełnie od siebie odmienne. Panowie w swojej książce pisali o „presumpcji dodatniej” w sprawie obywatelstwa. Ostatnio, polski dziennikarz i podróżnik Wojciech Cejrowski stwierdził, że zrzeknie się obywatelstwa polskiego i przyjmie ekwadorskie, uzasadniając to m. in. wysokimi podatkami w Polsce, a niskimi w Ekwadorze oraz swoją niechęcią do Unii Europejskiej. Z drugiej strony, prezydent Kaczyński przyznał kilka tygodni temu polskie obywatelstwo brazylijskiemu piłkarzowi, mającemu znikomy kontakt z Polską (poza aktualną grą w polskim klubie) Rogerowi Guerreiro.

prof. Bogusław Wolniewicz: To są dwie różne sprawy. Pierwsza, jest indywidualnym wyborem miejsca zamieszkania, którego swoboda powinna każdemu przysługiwać: może w nim mieszkać, może się z niego wyprowadzić. W tej sprawie nikt poza nim nie powinien mieć nic do gadania (w przeciwieństwie do wprowadzenia się gdzieś, która bynajmniej nie jest kwestią chęci, wyboru zainteresowanego, lecz wyłącznie tych, do grona których chce się dostać). Pan Cejrowski z tej swobody skorzystał, i kropka.
Czymś zupełnie innym jest natomiast stwarzanie „sztucznych Polaków”, jak teraz ten Roger Guerreiro, a wcześniej Emanuel Olisadebe z Nigerii, by wzmocnić nasze niedołężne piłkarstwo, i tak udowodnić światu, że Polacy nawet piłki kopać nie potrafią. Całą tę operację pana prezydenta uważam za śmieszną i kompromitującą nas jako naród.

Konrad Bonisławski: Ważnym dla polskiej wspólnoty narodowej wydarzeniem w ciągu ostatnich kilku lat była wielka emigracja Polaków do krajów Unii Europejskiej. Nie możemy zbyt wiele pewnego, póki co, powiedzieć o znaczeniu społecznym tego zjawiska, ale jakie według Pana mogą być długookresowe skutki wyjazdu dwóch milionów, przede wszystkim młodych Polaków na zachód?

prof. Bogusław Wolniewicz: Z jednej strony będzie to na pewno utrata tych ludzi dla naszej wspólnoty narodowej i „wrodzenie się” ich potomstwa we wspólnoty inne; z drugiej zaś wielka nędza emerytów za lat powiedzmy dwadzieścia, gdy zabraknie wkładu tych osób do gospodarki narodowej. Pracować będą na emerytury angielskie czy hiszpańskie, a polscy emeryci – „zęby w ścianę”.

Konrad Bonisławski: Drugim, obok sprawy Jedwabnego, asumptem do napisania książki „Ksenofobia i wspólnota” był zamach 11 września 2001 r. w Nowym Jorku. Był on – jak panowie piszecie – „pierwszym pomrukiem zbierającej się burzy”. Ta burza – jak słusznie Panowie przewidzieliście – miała swoją kontynuację. Poza Nowym Jorkiem ofiarami zamachów arabskich terrorystów padły Londyn i Madryt. Zamachy w Madrycie przyniosły nawet konkretne skutki polityczne: dojście do władzy socjalistów i wycofanie wojsk Hiszpanii z Iraku.

prof. Bogusław Wolniewicz: Konkretne skutki polityczne były w obu krajach! Pokazały one różnicę klasy tych dwóch narodów. Anglicy wykazali odwagę i zimną krew, a dumni Hiszpanie okazali się śmierdzącymi tchórzami.

Konrad Bonisławski: Jedną z oznak liberalizmu i poprawności politycznej jest dyktatura praw człowieka, w imię których można dziś nawet rozpętać wojnę. Prawa człowieka stały się nową religią. Jak Panowie piszą w książce, hasło samorealizacji przerodziło się w anarchiczny egocentryzm, a prawo do godnego życia przerodziło się w łapczywy hedonizm…?

prof. Bogusław Wolniewicz: Propaganda tzw. praw człowieka jest nadbudową ideologiczną dla tzw. poprawności politycznej. Ona ma je uzasadniać. Uważam tę ideologię za przejaw zmutowanego lewactwa, które pod przykrywką „obrony praw człowieka” dąży do zniszczenia wszelkiej wspólnoty, i w ten sposób do hegemonii państwa. Jeżeli ktoś albo coś ich nie powstrzyma, zrujnują cywilizację Zachodu.

Konrad Bonisławski: Pisaliście Panowie w książce o roszczeniach tzw. niemieckich „wypędzonych”. Czy coś się zmieniło od tego czasu?

prof. Bogusław Wolniewicz: Propagandowa gadanina pani Eriki Steinbach i jej kompanów – np. określanie wysiedlonych w latach 1945-46 jako „wypędzonych” – oznacza, że w Niemczech odżywają na nowo tendencje rewanżystowskie. Dąży się ni mniej ni więcej tylko do odwrócenia wyników II wojny światowej i totalnej klęski, jaką Niemcy w niej ponieśli. Takie dążenia oznaczają, że niektórym w Niemczech marzy się rozpętanie III wojny światowej. Niech tylko spróbują.

Konrad Bonisławski: Ostatnie dwa lata przyniosły nam też nowe zjawisko, niespotykane dotąd przynajmniej w takiej skali. W prasie zagranicznej aż roiło się od nieprzychylnych Polsce i jej władzom komentarzy. Co gorsza, Polskę zagranicą krytykowali również polscy politycy, np. były prezydent, były minister spraw zagranicznych.

prof. Bogusław Wolniewicz: Nagonka na Polskę ma dwa źródła. Jedno jest nacjonalistyczne. Podsyca się nastroje antypolskie w Niemczech, w Rosji, czy w Izraelu dla jakichś własnych celów narodowych. Drugim źródłem nagonki, zasadniczo odmiennym od tamtego, choć w tym punkcie zbieżnym, jest właśnie ofensywa światowego lewactwa, tej różowej międzynarodówki, dla której Polska jest solą w oku. A jest solą w oku dlatego, ze stała się dzisiaj w Europie główną opoką chrześcijaństwa. Chrześcijaństwa lewak nienawidzi.

Konrad Bonisławski: Chciałbym jeszcze zapytać o opisane w książce dość szczegółowo wzajemne relacje między demokracją, kapitalizmem i patriotyzmem.

prof. Bogusław Wolniewicz: Demokracja opiera się na poczuciu wspólnoty interesów. Kapitalizm przeciwnie, zna tylko interes prywatny. Patriotyzm, przywiązanie do własnej wspólnoty narodowej i gotowość do ponoszenia ofiar na jej rzecz, jest niezbędną przeciwwagą dla kapitalistycznego egoizmu. Jak pisaliśmy, „demokracja jest to pewien stan równowagi, zawsze chwiejnej, między kapitalizmem a patriotyzmem”. Dziś ta równowaga jest na Zachodzie zachwiana.

Konrad Bonisławski: Wspólnota, szczególnie narodowa, to wspólnota rozciągła w czasie i obejmująca wiele pokoleń. Niekonsekwencja anty-ksenofobów – ojkofobów polega m. in. na tym, że kwestionują więzi narodowe, ale chcą odpowiedzialności całego narodu za czyny zeszłych pokoleń, np. jak przy tzw. sprawie Jedwabnego. Jak my powinniśmy do tego podchodzić?

prof. Bogusław Wolniewicz: W książce rozróżniliśmy pobratymstwo od wspólnictwa. Za czyny naszych pobratymców, których nie byliśmy wspólnikami, nie ponosimy żadnej odpowiedzialności

Konrad Bonisławski: Udowadniają Panowie, że walka z ksenofobią prowadzi wprost do erozji wspólnot. Jakie widzi Pan naturalne wspólnoty i jakie wyróżniłby Pan cechy ich trwałości?

prof. Bogusław Wolniewicz: Naturalne wspólnoty tworzą hierarchię. Wyróżniliśmy cztery pietra takiej hierarchii. Są nimi dzisiaj: rodzina, plemię, naród, cywilizacja.
Plemię – przynajmniej plemię osiadłe – to coś podobnego do ojczyzny. A ojczyznę definiuję jako trzy wielkie rzeczy wspólne. Są nimi: wspólna mowa, wspólna ziemia i wspólna pamięć. Te trzy rzeczy wspólne charakteryzują też plemię.
Wspólnoty naturalne polegają w nowoczesnej cywilizacji urbanistyczno-przemysłowej silnej erozji. Stąd biorą się też nadzieje lewaków, że więzi wspólnotowe – np. więź narodowa – zostaną kompletnie zniszczone. W tym się mylą. Jedną z wyróżniających cech lewactwa jest niezrozumienie i niedocenianie siły więzi wspólnotowych, a zwłaszcza narodowych. Więzi te są normalnie mało widoczne, podobnie jak w jądrze komórki normalnie niewidoczne są chromosomy. Dopiero w trakcie kariokinezy, tzn. gdy komórka zaczyna się dzielić, chromosomy konsolidują się i uwidaczniają. Podobnie jest z więziami wspólnotowymi. Uwidaczniają się gdy wspólnota staje w obliczu realnego zagrożenia od zewnątrz. Wtedy czujemy, że jesteśmy jedno. Normalnie nie.

Konrad Bonisławski: Dziękuję za rozmowę.

„Jest cała ideologia kneblowania, zwie się ją «polityczną poprawnością». (Krócej można by tu mówić o «polit-poprawności»). Ta wątpliwa «poprawność» stanowi przejaw wiary, że na procesy społeczne można wpłynąć słowem, po prostu coś stosownie nazywając albo nie nazywając. Gdy np. obcych nie będzie się nazywać «obcymi», to obcymi być przestaną. Mamy tu do czynienia z wciąż żywym w nas myśleniem magicznym: z wiarą w bezpośrednią moc sprawczą słów”

„Na poziomie metafizyki odpowiedź brzmiałaby: libertyński fanatyzm jest wyrazem nihilizmu. Nihilizm bowiem (…) jest ekspresją wewnętrznej pustki. Ta pustka ma swoją dynamikę: samoczynnie ekspanduje, jest agresywna. Nie znosi niczego, co nie jest jej pokrewne; co pustką nie jest. Stanowi taką cywilizacyjną «czarną dziurę», co wysysa i unicestwia każda treść duchową, jaka tylko znajdzie się w jej zasięgu. Każdą treść unicestwia, a nie emituje żadnej.”

„Prawda musi stać na własnych nogach i żadnych podpórek prawnych nie potrzebuje. Wspieranie jej sankcją karną może jej szkodzić, rodząc podejrzenie, że jest wątpliwa”

„Pewną niezamierzoną – a nawet przeciwzamierzoną – funkcję pozytywną spełniają również owe stowarzyszenia do walki z ksenofobią. Przez swą działalność antywspólnotową wyzwalają reakcję obronną wspólnoty: uświadamiając jej stopień zagrożenia, budzą drzemiącą w niej dotąd ksenofobię i w ten sposób przyczyniają się do jej zintegrowania się wobec tych obcych, w obronie których stają.”

„Odróżniliśmy wyżej cztery poziomy ksenofobii. Odpowiednikiem ich są różne kategorie, jakie wśród owych «obcych» wspólnota wyróżnia; niejako różny status społeczny, jaki im na obszarze życiowym wspólnoty przysługuje. Dodajmy tu do tych czterech poziomów jeszcze poziom zerowy; będzie ich zatem pięć. Otóż zerowemu poziomowi reakcji ksenofobicznej odpowiadałby status gościa; kogoś, kogo przyjmuje się «u siebie» w każdym razie bez obawy, a często z życzliwością. Pierwszym zaś stopniem ksenofobii jest ostrożność lub rezerwa wobec obcego. Odpowiada jej we wspólnocie status przybysza, albo trochę dalej na tejże skali – status przybłędy: kogoś, kto znalazł się na terytorium wspólnoty trochę przypadkowo, ale którego obecność wspólnota znosi bez szczególnej przykrości, a nawet odnosi się do niego z pewnym zaciekawieniem. (…) Drugim poziomem jest niechęć: charakteryzuje ona obcego jako intruza; jako kogoś, kto wszedł na obszar życiowy wspólnoty wbrew jej woli i który tym samym swoją obecnością i zachowaniem nas razi – nie na tyle jednak, by nas zmobilizować do aktywnej ekspulsji. Trzecim poziomem jest wrogość: odpowiada jej status najeźdźcy: kogoś, kto wkracza w nasz obszar życiowy siłą, wbrew naszej wyraźnie okazanej woli – okazanej na przykład w postaci zdecydowanej obrony. Najwyższemu wreszcie poziomowi ksenofobii, jakim jest «nienawiść» do obcego, odpowiada status prześladowcy: kogoś, kto w nasz obszar życiowy nie tylko wdarł się przemocą i wbrew naszej wyraźnej woli, lecz który usiłuje nas ponadto na tym obszarze sobie i swoim obyczajom siłą podporządkować; a gdy natrafia w tym na nasz opór, to i zniszczyć.”

„Coraz częściej i coraz jawniej hasło obrony praw człowieka służy za tytuł egzekucyjny do politycznego wtrącania się w cudze sprawy (…). Gdy obywatele jednego państwa usiłują reformować drugie, to mają na to jeden tylko sposób: wypowiedzieć mu wojnę i je podbić. Międzynarodowe ruchy dla «monitorowania praw człowieka» są zakamuflowaną formą wojny, która w terroryzmie zrzuca swą humanitarną maskę.”

cytaty pochodzą z książki Bogusław Wolniewicza i Zbigniewa Musiała „Ksenofobia i wspólnota”, wyd. „Arcana”, Kraków 2003

Rozmowa została opublikowana na portalu Blżej Prawdy w ramach akcji wyławiania z sieci zaginionych pereł polskiego patriotyzmu.

Czekamy na Twoją opinię

Podobne artykuły

1 wypowiedź czytelnika: “Lewica nienawidzi wszelkiej wspólnoty – rozmowa z prof. Wolniewiczem

  1. Wolniewicz jest bezkompromisowy, jak zwykle celnie, jak zwykle ostro! Warto dodać, że Inkwizycja miała za zadanie obronę tego co święte, przed tym co przeklęte, i że za ew. zbrodnie odpowiadały raczej władze świeckie, niż kościelne. A władze świeckie i siły polityczne wykorzystywały czasem inkwizycję do swoich celów. Główna nauka płynąca z tej historii, to fakt, że walka o dusze przemocą nie przynosi efektu i sojusz tronu i ołtarza nikomu na dobre nie wychodzi. A co różni te dwie „inkwizycje”? Nowa „inwkizycja” ma za zadanie bronić tego co przeklęte, przed tym co normalne, bronić nieprawości przed prawdą i jest to bardzo szeroko pojęta walka. Stara Inkwizycja chciała bronić ogółu przed patologicznymi jednostkami, nowa inkwizycja narzuca większości reżim garstki, czyniąc większość nieszczęśliwą.

Dodaj komentarz