Szkoła jest GŁUPIA!

SZKOŁA JEST GŁUPIA! Głupi jest system edukacyjny, głupi jest program, głupi są… pomyśleliście pewnie, że napisał to gimnazjalista. Nie, drodzy czytelnicy, napisała to dorosła kobieta. Jako nastolatka już czułam, że jest coś nie tak z tą szkołą. Czułam, ale nie rozumiałam. Wiedziałam, że mój czas idzie na marne, bo zamiast poświęcić się swoim pasjom kułam całe książki na pamięć… TAK MAM 26 lat i jeszcze ANI RAZU NIE UŻYŁAM WIEDZY ZDOBYTEJ W SZKOLE ŚREDNIEJ! Ale zaraz zaraz… z gimnazjum też nic mi się nie przydało… a czytać, pisać i liczyć, logicznie myśleć, przewidywać nauczyli mnie rodzice, którzy mimo, że harowali na dwa etaty zdążyli mi pomóc przebrnąć przez dłuuuuuuugieeeee 13 lat szkoły i nauczyć życia.

Uprzedzając „hejterów” – jestem zwolenniczką edukacji. Uważam, że dzieci powinny uczyć się, odkrywać, mieć dostęp do wiedzy ogólnej. Przykro mi natomiast, że tradycyjna szkoła nie uczy. Ona ogłupia. Bo to właśnie PRZEZ szkołę, uczniowie kojarzą naukę z czymś nudnym i niepotrzebnym. I przez szkołę pozostają przeciętne.

A wy?  Też uczyliście się na „3 ZET”? Zakuć, zdać, zapomnieć?

Nie macie takiego wrażenia, że szkoła utknęła w średniowieczu? PO CO wciąż każe się pamiętać dzieciom nudnych jak flaki z olejem dat żywota króli? Kiedyś, kiedyś, jak wiedza była ograniczona, skończona – może i taka szkoła miała sens – zakulibyśmy wszyscy cały materiał i każdy miałby taką samą wiedzę i wszyscy bylibyśmy wykształceni! (Wszyscy tacy sami, po równo, czyż to nie ideał komuny?) Ale w XXI wieku, bez względu na to jak bardzo byśmy chcieli, być wszechwiedzącymi nie jesteśmy w stanie. Nauka i technologia rozwijają się w super szybkim tempie – to jest wspaniałe! Zanim skończymy interesować się jednym artykułem już pojawia się drugi! Każdy z nas w jakimś stopniu ulega tej pokusie i sam googluje wiedzę. Szkoła nie uczy tej ciekawości, doboru źródeł, selekcji i filtrowania informacji znalezionych w necie i wreszcie analizy tych informacji. Szkoła inputuje, wsadza na siłę dzieciom wiedzę (taką przesianą przez sito z wielkimi dziurami wikipedię) i tak masowo produkuje ludzi upośledzonych ŻYCIOWO.

Ale przecież jakoś dzieci muszą się uczyć! Więc i musi być szkoła – ale czy na pewno?

Trudno nam myśleć inaczej, bo sami jesteśmy jej produktami. Dawniej to rodzice przekazywali wiedzę dzieciom, a jeżeli rodzice byli bardziej zamożni to robiły to za nich guwernantki. Edukacja domowa przeszła do lamusa. A szkoda!

System edukacji jaki dziś panuje w Polsce, Europie, a obecnie już niemal na całym świecie, to tzw. „System Pruski”. Narodził się on jak łatwo się domyślić w Prusach na przełomie XVIII i XIX wieku. 200 lat temu Prusy były monarchią absolutną, a musztra miała przełożenie na szkołę. Nauczyciele mieli za zadanie kształcić posłusznych państwu obywateli. Umiejących czytać i pisać urzędników oraz żołnierzy . Obywateli wykształconych na tyle, ile trzeba, ale nie wolnomyślnych. Sprawnych rzemieślników w swoim fachu, ale nie artystów. Posiadających podstawy wiedzy, ale nie zbyt szerokie horyzonty.  Pruska szkoła kształciła według odgórnie ustalonych planów i serwowała wychowankom odpowiednio przygotowaną listę lektur, wszystko to pod opieką certyfikowanych nauczycieli. Pojawiły się lekcje i dzwonki, wystawiano oceny. Jako naukę rozumiano przede wszystkim przyswajanie konkretnych wiadomości, choć za podstawę uznano umiejętność pisania, czytania i najważniejsze działania algebraiczne.

Wystarczy już tej historii.

Teraz zapytam całkiem serio: pamiętasz coś ze szkoły? Zostało Ci coś w głowie? Założę się, że pamiętasz nie więcej jak 10% wiedzy. NO BO KTO NORMALNY PAMIĘTA CZEGO UCZYŁ SIĘ W SZKOLE?

… przecież każdy normalny powinien pamiętać czego uczył się w szkole, bo w przeciwnym razie PO CO posyłamy dzieci do szkoły? Tym razem odpowiedź jest związana z neurologią. Istnieje bowiem zasadnicza różnica dla mózgu między UCZENIEM się a BYCIEM NAUCZANYM. Być nauczanym to znaczy uczyć się i nie myśleć jednocześnie. Najgorszą rzeczą jaką możemy zrobić dla mózgu to przekazywać wiedzę werbalnie – ponieważ dociera ona tylko do części mózgu odpowiedzialnych za przetwarzanie dźwięku. Kompletnie za to są ignorowane struktury korowe, które są odpowiedzialne za najbardziej efektywne procesy uczenia się. Żeby proces ten zaszedł potrzebne są EMOCJE! Dziecko musi być ciekawe i zafascynowane tym, czego ma się nauczyć. Hormony np. takie jak adrenalina, endorfina, dopamina są budulcem, który stworzy między komórkami nerwowymi trwałe połączenie. Jeżeli nie wybudzimy hormonów ze snu, reakcja chemiczna nie zajdzie i dziecko nie przyswoi wiedzy. Zatem dopóki nauczyciel będzie gadać do 30 ławek (biernych, unieruchomionych dzieci) będziemy marnować  potencjał małego chłonnego mózgu. Jest to gwałt na naturze dziecka – BO dzieci z natury są ruchliwe i aktywne!

Szkoła wszystko robi źle!

Problem tkwi głównie w tym, że szkoła jest państwowa – czyli bezpłatna. BZDURA! Nie ma czegoś takiego jak DARMOWE, BEZPŁATNE! Nauczyciele nie pracują za darmo! My płacimy za to. Po pierwsze płacimy za to z góry, po drugie płacimy za to pod przymusem, po trzecie płacimy, tyle, że nawet nie wiemy ile, a po czwarte przepłacamy. Niestety tak jest skonstruowany system podatkowy, abyśmy nie wiedzieli, nawet nie byli wstanie policzyć, ile tak naprawdę płacimy podatków. Wierzę, że gdyby każdy człowiek dostawał do ręki wszystkie pieniądze jakie zarabia i musiał sam płacić podatki, to całe społeczeństwo w jeden dzień zorientowałoby jak drogie są te wszystkie tak zwane „bezpłatne rzeczy”, które teoretycznie zapewnia nam państwo.

System edukacji działa skandalicznie i popełnia wszystkie błędy jakie tylko może po kolei. Politycy i urzędnicy podejmują coraz to gorsze decyzje decydujące o losach dzieci ( A POWINNI RODZICE – nieprawdaż? ). Zakładam, że politycy, którzy decydują o naszych dzieciach to osoby, które kompletnie nie znają się na tym co mają robić. Nie mają pojęcia o dydaktyce, procesie nauczania, pracy nauczycieli. Nie wiedzą jaki powinien być efekt końcowy – czyli kim powinien być absolwent. Dlatego brodzą jak dziecko we mgle, podejmują przypadkowe decyzje, uzasadniając je w jeszcze bardziej przypadkowy sposób. Wiedzą, że coś nie gra, ale nie wiedzą co, i nie wiedzą jak to naprawić. A do tego pojawiają się różne grupy nacisku, np. gmina, która finansuje szkoły itp. Jednak bardziej prawdopodobną wersją dlaczego jest tak a nie inaczej to to, że rządzą nami osoby, które doskonale wiedzą co robią i z premedytacją podejmują decyzje na niekorzyść dzieci, bo im się to bardziej opłaca. Oczywiście głupszym społeczeństwem łatwiej manipulować. Efektem edukacji ma być uczeń czy wychowanek, zdyscyplinowany, zdolny do podporządkowania się.

Szkoła stoi w miejscu, nie rozwija się z postępem nauki. Rzeczywistość do jakiej uczniowie przywykną przez trzynaście lat, upośledza i nie daje absolutnie żadnego przygotowania do życia w prawdziwym świecie. Nie chodzi tu o to, że nauczyliśmy się jak liczyć sinusy, a nie wiemy jak wypełniać PIT. Absolwent wyrzucony na głęboką wodę wkracza do współczesnego społeczeństwa ryzyka. Napięcia ekonomiczne i polityczne, wielość dostępnych znaczeń, wielointerpretacyjność, tworzą tsunami informacyjne. Niezbędna jest tu elastyczność i otwartość na perspektywy życiowe.

Tymczasem przekazywanie wiedzy w polskich szkołach polega na: wypełnianiu standardowych ćwiczeń, utrwalaniu definicji, wykładu nauczyciela i sprowadzaniu wszystkiego do utartych interpretacji. Dzieci nie mają możliwości zbadania jakiegoś procesu, by dojść do własnych wniosków – nie mają możliwości rozwijania procesu rozumowania. Dzieci kończące szkołę nauczyły się, że jest zawsze tylko jeden sposób na rozwiązanie problemu, że informacji należy się uczyć na pamięć, że autorytetów nie należy podważać itp. W końcu….szkoła nie uczy czytać! Okazuje się kompletnie niewydolna w swojej podstawowej kompetencji, czyli nauce SKUTECZNEGO czytania. (Skutecznego w znaczeniu rozumienia czytanego tekstu i poprawnego jego interpretowania). Jeśli jakiemuś dziecku udało się wyrwać z tego schematu – to zadziałał czynnik ludzki. Był nim albo świadomy rodzic albo dobry nauczyciel lub zupełnie przypadkowa osoba, która przekazała odpowiednie wartości i postawy.

Chodzi o to, by szkoła rozwijała umiejętność dokonywania osobistych wyborów i brania za nie odpowiedzialności, jak też umiejętności poszukiwania własnych celów i własnych rozwiązań!

Klucz tkwi w personalizacji a nie standaryzacji. Nie można spłaszczać poziomu, dostosowywać do wspólnych standardów. Każde dziecko jest inne, rozwija się inaczej. Dlatego też nigdy nie będzie JEDNEGO niezawodnego  dobrego dla WSZYSTKICH rozwiązania. Nie istnieje w przyrodzie coś takiego jak równie dobre rozwiązanie dla wszystkich – dlatego przydałby się nam wolny rynek szkół (i nie tylko). Taka forma zachęca, by powstawały szkoły i różne systemy, gdzie po krótkim czasie można  zorientować się, gdzie dziecko czuje się lepiej i gdzie osiąga największe profity. „Bezpłatna szkoła” nadal figuruje na Polskim rynku, ale pomimo niej powstaje wiele alternatyw uczenia dzieci takie jak:

  • szkoła demokratyczna, gdzie dzieci uczą się czego chcą, kiedy chcą i jak chcą,
  • edukacja domowa, gdzie dzieci rozwijają swoje talenty, bo mają na to czas,
  • koncepcje związane z neurodydaktyką, gdzie sposób nauczania dostosowany jest do preferencji dziecka,

Idealnym rozwiązaniem wydaje się zatem prywatyzacja. Jednak, nie wierzę, że zmanipulowane przez władze społeczeństwo przystałoby na ten pomysł dość optymistycznie. Dlatego półśrodkiem okazać się może BON OŚWIATOWY.  Jest to zmiana systemu finansowania szkół. Obecnie to urzędnicy decydują, która szkoła ile dostanie pieniędzy. Bez względu na to, czy jest uważana za reprezentującą dobry, czy zły poziom. Czy uczy się w niej 100, czy 400 uczniów. Gdyby wprowadzić „bon oświatowy” to pula pieniędzy przeznaczona na edukację dzielona by była na uprawionych do niej uczniów. Rodzic lub pełnoletni uczeń otrzymywaliby środek płatności za naukę w formie „bonu edukacyjnego”, który mogliby wydatkować w dowolnej placówce edukacyjnej. Władza nad pieniądzem jaka trafi w ręce rodziców wymusi na placówkach edukacyjnych naturalną konkurencję o uczniów (a tym samym podnosząc jakość tych usług) – to ile dana szkoła otrzyma pieniędzy nie będzie decyzją magistratu i lobby na prezydenta, burmistrza, dyrektorów danej placówki – a ofertę rynkową zweryfikują jej uczniowie i ich rodzice.  Po prostu – im więcej uczniów przyciągnie szkoła, tym więcej dostanie pieniędzy z subwencji oświatowej.

Bon oświatowy jest metodą płynnego przejścia do całkowitej prywatyzacji szkół. Otworzy on drogę do urynkowienia edukacji. Jestem przekonana, że znajdą się odważni przedsiębiorcy, którzy będą chcieli na tym zarobić – a więc stworzyć takie warunki, które wyeliminują patologiczne pod różnymi względami placówki publiczne – a to w efekcie pozwoli zbudować w kilkuletnim procesie rynek placówek gotowych przejąć edukację już na zasadach całkowicie prywatnych. Brzmi to świetnie! Jednak to zależy od samorządów… a samorządy od waszych wyborów…

Wybierzcie słusznie, bo w grę wchodzi dobro dzieci!

artykuł inspirowany słowami Angeliki M. Talagi, która prowadzi firmę  Godmother Sp. z o.o. zajmującą się intelektualnym rozwojem dzieci. 

Czekamy na Twoją opinię

Podobne artykuły

3 wypowiedzi czytelników: “Szkoła jest GŁUPIA!

  1. Popieram argument za prywatyzacją szkół i promowaniem tradycyjnego kształcenia domowego. Obecny system kołątajowsko-stalinowski to najgorsze co mogło się nam przytrafić. Zabija się naturalną ciekawość dzieci a promuje się takie bzdety jak ślepa wiara w demokrację, prawa człowieka (niestety nie wiedzieć czemu nie rozszerzające się na dzieci w brzuchu matki) oraz globalne ocieplenie, „tolerancję” (nie działającą na tych, którzy nie są „tolerancyjni”) i masę innych bzdur promowanych przez środowiska lewackie. By wygrać z tymi idiotyzmami należy zawalczyć o nasze własne dzieci. Sam nie zamierzam oddawać dziecka do reżymowej szkoły na pranie mózgu. Marzy mi się prywatna szkoła oparta na katolickich wartościach.

    Jeszcze małe uzupełnienie dla autora artykułu: cenię trud włożony w napisanie, natomiast proszę nie deprecjonować znaczenia nauki historii Polski, wszak okres rozkwitu polskiej kultury i wolności przypada właśnie na czas, gdy dobry Pan Bóg był łaskaw zsyłać naszym dziadom Króla a nie prezydentów i premierów. A zatem jest sens uczenia się o czasach wielkości Polski, tyle, że trzeba belfrów, którzy w sposób przystępny przedstawią tę historię i zafascynują dziatwę szkolną.

    Druga uwaga to taka, że politycy decydujący o kształcie dzisiejszej szkoły wbrew pozorom wiedzą, że robią źle, to źli ludzie i zależy im na głupieniu społeczeństwa. Takim bezmyślnym motłochem łatwiej zawiadywać.

    1. Absolutnie nie deprecjonuję znaczenia historii! Chodziło mi tylko o przyrównanie nudne jak: sposoby odżywiania się pantofelków, czytanie Nad Niemnem, granie na wf-ie w piłkę nożną przez 6 lat, liczenie moli… ! Dla mnie historia była mega męczącym przedmiotem…. KTO SPAŁ NA HIŚCIE RĘKA W GÓRĘ :)

  2. Jeśli ktoś jest negatywnie nastawiony do wszystkiego to i szkoła jest be. A może tak otworzyć się na wiedzę i traktować szkołę jak jedno ze źródeł uzyskiwania informacji ? Bardzo dużo pamiętam ze szkoły, ze studiów . Może dlatego, że interesowało mnie, to co się wokół dzieje i nie traktowałam nauki jako przymusu ? Rodzice mi nie pomagali w nauce (bo nie było takiej potrzeby). Zresztą – swoim dzieciom tez w nauce nie pomagałam z analogicznego powodu. I oni też nie negowali potrzeby zdobywania edukacji – szkoła była też jednym ze źródeł zdobywania wiedzy. Ba ! Lubili do niej chodzić ! Ale moje dzieci miały przykład z domu – rodzice dużo czytali – i literatury pięknej, i literatury fachowej – a przykład jest lepszy niż wykład.
    Jeśli jednak w domu dzieci słyszą, jaka ta szkoła głupia i jak męczy te biedne dzieci (przecież lepiej niech pograją na komputerze w strzelanki ), a książki to wróg, i raczej w domu nieobecne, jak oczekiwać od nich zainteresowania zdobywaniem wiedzy ?

Dodaj komentarz